dwutygodnik internetowy
10.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

64. Berlinale: Raz na wojnie, raz w winiarni

Po barwnej rozrywkowej i stojącej na przyzwoitym poziomie inauguracji 64. Berlinale przyszedł czas na kino poważniejsze i – co istotne – z pewnością nie gorsze.


 
Po barwnej, rozrywkowej i stojącej na przyzwoitym poziomie inauguracji 64. Berlinale („Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona) przyszedł czas na kino poważniejsze i – co istotne – z pewnością nie gorsze.

 
Pierwszym objawieniem festiwalu jest nieustannie trzymający w napięciu i sprawnie zrealizowany brytyjski film „’71” w reżyserii utalentowanego Francuza, Yanna Demange’a, dla którego był to pełnometrażowy debiut fabularny. Akcja rozgrywa się w tytułowym roku 1971, podczas wojny domowej w Irlandii. Brytyjscy rekruci zostają wysłani do Belfastu by stanąć po stronie katolików skonfliktowanych z protestantami. Obie frakcje mają w swoich szeregach jednostki paramilitarne i stosują partyzanckie metody walki. Wyszkoleni i – wydawać by się mogło – doskonale zorganizowani rekruci zawodzą podczas chrztu bojowego. Zaatakowani przez wzburzony tłum wycofują się w popłochu. Dwaj spośród z nich zostają jednak na zupełnie im obcym terytorium wroga. Jeden natychmiast ginie, a drugi ucieka. I właśnie desperacka próba przedarcia się do angielskiej bazy jest tematem tego stuminutowego filmu.
 
Nie jest to jednak proste kino sensacyjne. Nocna wędrówka bohatera nieznanymi mu ulicami miasta urasta do rangi metafory ludzkiego życia w duchu egzystencjalizmu, oraz atmosferze „Procesu” Franza Kafki. Cel wydaje się niemożliwy do osiągnięcia, droga ku niemu nieznana, a wszyscy wokół zrobią wszystko, by przeszkodzić w jego osiągnięciu. Mimo to Gary (Jack O’Connell) podejmuje heroiczną walkę o życie. A nie jest to niezniszczalny bohater znany z amerykańskiego kina sensacyjnego, lecz nieporadny i wrażliwy młodzieniec, który nie ma nic do stracenia, ponieważ w jego sytuacji kapitulacja oznaczałaby śmierć. Poza wydźwiękiem filozoficznym oraz silnym oddziaływaniem emocjonalnym, „’71” zawiera również mocno wyeksponowany aspekt polityczny – zajmuje stanowisko antywojenne. Młodzi, nieświadomi tego, co ich czeka rekruci są figurą uniwersalną. Pasują zarówno do wojny domowej w Irlandii, jak i do misji militarnych wysyłanych do Iraku czy Afganistanu. A sugestywne środki wyrazu, wywołujące silną identyfikację z głównym bohaterem, sprawiają że przesłanie twórców jest bardzo przekonujące. W czasach gdy wojny stały się wirtualne, a cierpienie anonimowych ofiar spowszedniało i przestało poruszać opinię publiczną, pojawił się twórca, który na przykładzie jednostki przypomina, czym jest trwoga o życie i o co naprawdę chodzi w dzisiaj już wyświechtanym sloganie: wojna jest straszna.
 

Remake, który nie zachwyca

Poczucie niedosytu pozostawił natomiast Rachid Bouchareb, którego remake „Dwóch ludzi z miasta” („Deux hommes dans la ville”, 1973) stoi przede wszystkim dobrym aktorstwem i wysmakowanymi zdjęciami w rozległych i urokliwych plenerach Teksasu. Reżyser nie tylko przeniósł miejsce akcji z Francji do Ameryki, lecz także wprowadził zmiany w fabule, w związku z czym „La voie de l’ennemi” („Two Men in Town”) należy traktować nie jako remake sensu strico, lecz jako film inspirowany dziełem José Giovanniego z lat 70. Grany przez Foresta Whitakera główny bohater po kilkunastu latach odsiadki za morderstwo wychodzi na zwolnienie warunkowe. Za kratami nawrócił się na islam i jest zdeterminowany, by zacząć proste i spokojne życie na nowo. Pomaga mu w tym kontrolująca jego poczynania pani kurator (Brenda Blethyn), lecz kłody pod nogi rzuca mu szeryf (Harvey Keitel), którego przyjaciel padł ofiarą Williama Garnetta (Whitaker), a także były wspólnik z przestępczego światka, który nie może pogodzić się z jego nowym – praworządnym i religijnym – obliczem.
 
Film opowiada o trudnościach, z którymi muszą zmagać się zresocjalizowani więźniowie po wyjściu na wolność; o silnej woli, nonkonformizmie i cierpliwości, których potrzeba, by nie wrócić na przestępczą ścieżkę w z jednej strony nieprzyjaznym i nieufnym, a z drugiej pełnym pokus świecie. Za nie do końca trafione można uznać jednak przeniesienie opowieści o problemach francuskich imigrantów na grunt amerykański i doprawienie go islamem, co zapewne miało na celu uwspółcześnienie i uaktualnienie historii sprzed czterdziestu lat. Toporne wydaje się również zakończenie, do którego fabuła zmierza zbyt prostą ścieżką. Scena morderstwa, która zarazem rozpoczyna i kończy film, nasuwa skojarzenia z „Krótkim filmem o zabijaniu” Krzysztofa Kieślowskiego, sugerującym finał jeszcze wcześniej niż w pierwszej scenie, bo już w tytule. W dziele Polaka grany przez Mirosława Bakę bohater był jednak znacznie bardziej skomplikowany, a przez to również bardziej interesujący dla widza. Jego zachowanie nie było oczywiste, a motywacja trudna do odgadnięcia i zrozumienia – w przeciwieństwie do kreowanego przez Whitakera dobrotliwego Williama, który walczy ze swoją wybuchową naturą i chociaż nie zawsze wygrywa, to zazwyczaj zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami. A przewidywalność na ekranie nudzi.
 

 
Wino (nie)ekologiczne
 
Poza filmami konkursowymi na uwagę zasługują również te prezentowane w sekcji Panorama Dokumentu. Włosko-francuska produkcja „Natural Resistance” w reżyserii Jonathana Nossitera opowiada o problemach, z którymi zmagają się włoscy producenci wina, posługujący się tradycyjnymi metodami wytwarzania szlachetnego trunku. Próby komisyjnych standaryzacji norm prowadzą do absurdów – ujednolicenia koloru, zapachu i innych właściwości wina, które w produkcji nieprzemysłowej rokrocznie zmieniają się zależnie od klimatu. Kultywujący winiarską tradycję wytwórcy są powoli wypierani z rynku przez właścicieli przemysłowych winiarni, których wydajność zwiększają pestycydy i inne chemikalia. Efektem takiej uprawy winorośli jest nie tylko wyjałowienie gleby, lecz przede wszystkim utrata wartości odżywczych, energetycznych oraz walorów smakowych produktu końcowego całego procesu. Film Nossitera jest interesujący również ze względu na dekonstrukcyjną metodę opowiadania. „Produkujemy wino, a nie wino ekologiczne” – stwierdza jeden z bohaterów dokumentu. W ten sposób przypomina nam o tym, że przemysłowi producenci narzucili społeczeństwu nową terminologię. Ludzie zaczęli nazywać winem masowo produkowane sikacze i inne trunki wątpliwej jakości, które nie mają nic wspólnego z tradycją i historią, stanowiącymi duszę prawdziwego wina. Natomiast to, czym wino było dotychczas, zaczęto nazywać winem ekologicznym. W ten sposób nastawieni wyłącznie na zysk producenci przemysłowi przywłaszczyli sobie szlachetną tradycję, którą sprzedają ludziom razem z fałszywą nazwą produktu, który wcale nie jest winem, lecz winopodobnym trunkiem, którego właściwości i specyfika są zdeterminowane przez urzędników, a nie naturę.
 
Powaga tematu wcale nie przeszkadza twórcy w artystycznej ekspresji południowego temperamentu, przejawiającej się w ciepłym, zabawnym portretowaniu bohaterów, ironicznych komentarzach oraz wielu zabiegach formalnych, wywołujących salwy śmiechu podczas seansu i czyniących film lekkim, a zarazem treściwym. Pozycja obowiązkowa dla każdego kinomana (w filmie historia wina łączy się z historią kinematografii – oryginalna, a jednocześnie bardzo trafna i intelektualnie płodna analogia) oraz miłośnika wina. Pozostaje mieć nadzieję, że filmem zainteresują się polscy dystrybutorzy lub organizatorzy festiwali.
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.