dwutygodnik internetowy
15.07.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Bardzo polski festiwal – Karlowe Wary 2013

  Mimo że konkurs główny 48 Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach wygrał węgierski film „Le grand cahier” („A nagy füzet”) Jánosa Szásza, można uznać, że było to polskie święto filmu. Przede wszystkim nadwiślańskie produkcje zdominowały drugą najważniejszą po konkursie głównym sekcję East of the West, w której prezentowane są debiuty oraz drugie filmy twórców […]


http://www.kviff.com/

 

Mimo że konkurs główny 48 Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach wygrał węgierski film „Le grand cahier” („A nagy füzet”) Jánosa Szásza, można uznać, że było to polskie święto filmu.

Przede wszystkim nadwiślańskie produkcje zdominowały drugą najważniejszą po konkursie głównym sekcję East of the West, w której prezentowane są debiuty oraz drugie filmy twórców z Europy Środkowej i Wschodniej. Reprezentowali nas tam Bodo Kox z „Dziewczyną z szafy” oraz Tomasz Wasilewski z „Płynącymi wieżowcami”. – Polskie filmy dobrze wypadły na tle konkurencji. Obok rosyjskiego „Morza” („More”) Alexandry Strelyanaya były moim zdaniem najlepsze w konkursie, który jednak nie stał na bardzo wysokim poziomie. Młodzi twórcy skupiają się przede wszystkim na nędzy i patologiach. W ich filmach pojawiają się też watki homoseksualne oraz odniesienia do przeszłości. Sekcja była bardzo monotonna, a większość filmów nie wzbudzało emocji w jury i nie prowokowało dyskusji – powiedział jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu Piotr Mularuk, jeden z członków jury.

http://youtu.be/VN-Jarn9Ri8

 

Nie był odosobniony w odczuciach, ponieważ główną nagrodę przyznano filmowi Tomasza Wasilewskiego, którego światowa premiera odbyła się w Nowym Jorku, podczas kwietniowego festiwalu filmowego Tribeca. Pokazano go tam w sekcji Viewpoints, a po festiwalu amerykańscy krytycy ogłosili swój ranking, w którym za najlepsze filmy uznano właśnie „Płynące wieżowce” oraz „Hide Your Smiling Faces” Patricka Carbone’a. Drugi po „W sypialni” film w dorobku młodego, polskiego reżysera przedstawia historię Kuby (Mateusz Banasiuk), który po dwóch latach związku z Sylwią (Marta Nieradkiewicz) poznaje Michała (Bartosz Gelner) i odkrywa w sobie skłonności homoseksualne. Musi dokonać wyboru, a przy okazji zmierzyć się z presją otoczenia. Obraz silnie angażuje emocjonalnie, jest bardzo dobrze zagrany oraz dopracowany pod względem scenariusza. Nie brakuje w nim odważnych scen i wydaje się, że razem z filmem „W imię” Małgośki Szumowskiej otwiera nowy rozdział w historii polskiego kina – rozdział LGBT. Nie należy jednak rozpatrywać „Płynących wieżowców” wyłącznie w tym kontekście. Obraz ma uniwersalne przesłanie, które może zaboleć każdego. Niezależnie od orientacji seksualnej. Mówi o odrzuceniu; o tym, jak ludzie ranią się nawzajem; a także o tym, jak trudno jest dokonywać wyborów uczuciowych i jak tragiczne konsekwencje może mieć zwlekanie z podjęciem decyzji. W najbliższym czasie zostanie pokazany na wrocławskich Nowych Horyzontach, gdzie bierze udział w konkursie międzynarodowym, a do szerokiej dystrybucji kinowej trafi prawdopodobnie w listopadzie.

 

Polska krytyka entuzjastycznie przyjęła również rywalizującą w konkursie głównym „Papuszę” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze, którą jury pod przewodnictwem Agnieszki Holland uhonorowało specjalnym wyróżnieniem. Mnie film nieco rozczarował, a i wśród zagranicznych dziennikarzy nie wywołał tak wielkiego poruszenia, jak wśród Polaków, chociaż pojawiło się kilka przychylnych recenzji w zachodnich mediach. Epicka opowieść o życiu cygańskiej poetki, Bronisławy Wajs, a także o burzliwych losach narodu cygańskiego w XX-wiecznej Polsce porusza, ale nie wstrząsa, jak „Plac Zbawiciela” czy „Dług” ani nie wzrusza tak bardzo, jak „Mój Nikifor”. Niewątpliwie jest to jednak obraz istotny i intrygujący, który mimo surowości środków wyrazu ma potencjał komercyjny. W końcu wpisuje się w nurt tzw. kina lektur szkolnych i na tle takich pozycji jak „Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy, „Stara Baśń” Jerzego Hoffmana czy „Przedwiośnie” Filipa Bajona można „Papuszę” uznać za wybitną. Co prawda, nie jest to ekranizacja powieści czy poematu, ale za to film znacznie prawdziwszy, ciekawszy i zdecydowanie bardziej zachęcający do zapoznania się z twórczością Bronisławy Wajs, niż wcześniej wspomniane obrazy do sięgnięcia po dzieła Adama Mickiewicza, Józefa Ignacego Kraszewskiego czy Stefana Żeromskiego. Należy również podkreślić odwagę twórców, którzy z racji wyboru tematu nie mogli uniknąć porównań z twórczością Emira Kusturicy i wybrnęli z tego bardzo przyzwoicie. Co prawda, „Papusza” nie dorasta do pięt dziełom genialnego Serba, ale przynajmniej nie próbuje ich naśladować. Pokazuje Cyganów bardziej kameralnie, intymniej, bez cepeliady i żywiołu życia tętniącego z takich filmów, jak „Czarny kot, biały kot” czy „Underground”. I właśnie ten nowy język opowiadania o kulturze i narodzie cygańskim stanowi największą wartość dzieła małżeństwa Krauze, które swoją biograficzną trylogię zamierza zamknąć filmem o Czesławie Niemenie.

 

W sekcji dokumentalnej jury pod przewodnictwem Krzysztofa Gierata przyznało dwie nagrody – pełnometrażowemu filmowi „Pipeline” („Truba”) Vitalya Manskiyego oraz krótkiemu dokumentowi „Beach Boy” Emila Langballe. Wyróżniono również „The Manor” Shawneya Cohena. – Moim faworytem wśród krótkometrażowych filmów dokumentalnych był „Rogalik” Pawła Ziemilskiego, lecz nie miałem popleczników wśród jury, więc z nimi nie walczyłem. Tym bardziej, że wszyscy jednoznacznie opowiedzieli się za filmem „Beach Boy”. Spośród filmów pełnometrażowych za najlepsze uznaliśmy „Meine keine Familie” Paula-Juliena Roberta, „The Manor” oraz „Pipeline”. Po dyskusji zdecydowaliśmy, że główną nagrodę otrzyma ten ostatni – absolutnie klasyczny dokument obserwacyjny z pięknie pracującą kamerą, który w ciepły i ironiczny sposób pokazuje rzeczywistość postkomunistycznego świata, w którym czas się zatrzymał, a jego mieszkańcy niekoniecznie doświadczyli pozytywnych aspektów przemian politycznych i gospodarczych – powiedział Krzysztof Gierat. „Beach Boy” przedstawia natomiast historię przypominającą nieco pierwszą część trylogii Ulricha Siedla „Raj: Miłość”. W krótkim, niespełna półgodzinnym dokumencie poznajemy nietypową parę – starszą Angielkę przy tuszy oraz młodego Kenijczyka. Kobieta jest na ekskluzywnych wakacjach w Afryce, a chłopiec staje się jej utrzymankiem podczas tego tygodnia. Mimo braku poparcia ze strony rodziny, para planuje wspólną przyszłość w Anglii. Z jednej strony film opowiada o pogoni za marzeniem na oślep i desperacką próbą uwolnienia się od samotności, a z drugiej strony o przedmiotowym traktowaniu ludzi; wykorzystywaniu ich dla zdobycia pieniędzy lub kupowaniu za pieniądze. Obraz mocny i przejmujący, a zarazem wymagający od widza reakcji oraz specjalnej wrażliwości. W końcu ocena bohaterów nie musi być jednoznacznie negatywna lub pozytywna. Film budzi opór i bunt, ale też współczucie.

 

Przy okazji warto wspomnieć o polskim dokumencie biorącym udział w konkursie – „Lalkarzu” („Man Who Made Angels Fly”) Wiktorii Szymańskiej. Zdaniem jury w filmie zabrakło dramaturgii, w związku z czym nie był typowany do zwycięstwa, jednak niewątpliwie jest to obraz, z którym warto się zapoznać. Przybliża bowiem postać Michaela Menschke, jednego z najwybitniejszych twórców i reżyserów teatrów lalek na świecie. A robi to w sposób magiczny, opowiadając poprzez takich bohaterów jak Don Kichote czy postacie z klasycznych greckich tragedii. Wizualnej przyjemności dostarczają zaś wybitne zdjęcia Wojciecha Staronia, który w Karlowych Warach zaistniał dwukrotnie, ponieważ był też jednym z operatorów przy filmie „Papusza”.

 

Nagrodę dla najlepszego reżysera przyznano dobrze znanemu w Polsce czeskiemu twórcy Janowi Hřebejkowi za film „Honeymoon” („Líbánky”), najlepszym aktorem został Ólafur Darri Ólafsson („XL”), a najlepszymi aktorkami uznano ex aequo cztery kobiety występujące w filmie „Bluebird”: Amy Morton, Louisę Krause, Emily Meade oraz Margo Martindale. Nagrodę publiczności zdobyła czeska komedia „Revival” w reżyserii Alice Nallis, a najlepszym obrazem konkursu kina niezależnego uznano „Things the Way They Are” („Las cosas como son”) chilijskiego reżysera Fernando Lavanderosa.

 

Nagrody specjalne za wybitny wkład w rozwój światowej kinematografii odebrali osobiście podczas festiwalu Theodor Pištěk, John Travolta oraz Oliver Stone, a Nagrodę Prezydenta Festiwalu otrzymał Vojtěch Jasný. Poza nimi na festiwalu pojawiły się również takie gwiazdy światowego formatu, jak Paolo Sorrentino, Valeria Golino, David Lowery, Lou Castel, Michael Gondry, Jerry Schatzberg, Murray Abraham, Cary Fukunaga, Miroslav Ondricek czy uznani polscy twórcy, jak Wojtek Smarzowski, Leszek Dawid, Joanna Kos-Krauze, Jowita Budnik i wielu innych.

 

Jeśli miałbym wskazać jeden film, który okazał się objawieniem, bez wątpienia byłby to najnowszy obraz Paolo Sorrentino, entuzjastycznie przyjęta na MFF w Cannes „Wielka piękność” (La grande bellezza”). Dzieło zrealizowane z ogromnym rozmachem, prezentujące życie rzymskich wyższych sfer oraz w urokliwy sposób portretujące samo miasto. Niemal trzygodzinny film ogląda się z zapartym tchem, a z każdą minutą pragnie się, by nie dobiegał końca. Interesujący scenariusz, wybitne aktorstwo, znakomite zdjęcia, muzyka, montaż i niebanalna wizja reżysera sprawiają, że bez przesady możemy „Wielką piękność” uznać za dzieło kompletne, a porównania z twórczością Federico Felliniego nie są w tym przypadku na wyrost. Po „Boskim” i „Wszystkich odlotach Cheyenne’a” włoski twórca ponownie wspiął się na wyżyny i wygląda na to, że narodziła się kolejna gwiazda nie tylko europejskiego, a światowego kina. Natomiast jeśli miałbym wskazać największe festiwalowe rozczarowanie, to postawiłbym na zaskakująco niski poziom konkursu głównego, w którym żaden obraz nie tylko nie zachwycił, lecz także w moim odczuciu nie mógłby się równać choćby z pokazywanym w zeszłym roku na Warszawskim Festiwalu Filmowym „Imagine” Andrzeja Jakimowskiego. A podobno czeski festiwal jest bardziej renomowany i stoi na wyższym poziomie.

 

Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Karlowych Warach odbywa się od 1948 roku. Uchodzi za największy i najważniejszy w Europie Środkowo-Wschodniej. W tym roku odwiedziło go ponad 12 000 widzów, dziennikarzy, filmowców oraz dystrybutorów, producentów i agentów sprzedaży. Sprzedano 128 031 biletów na 461 projekcji. Pokazano 235 filmów, spośród których 23 miały światową, 30 międzynarodową, a 13 europejską premierę. 194 filmy były prezentowane przez twórców obecnych na festiwalu. Część z nich w tym oraz przyszłym roku pojawi się na ekranach polskich kin. Niektórych nie wolno przegapić.

 

Przeczytaj inne teksty Autora.

UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury!

 

  • włoszkoPOLKA

    Co do filmu “La grande bellezza”, to należy zwrócić uwagę na muzykę około 50-tej minuty; jest to Symphony No 3 op 36 “Sorrowful Songs” H. M. Góreckiego śpiewana PO POLSKU! :)