dwutygodnik internetowy
01.06.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

1976: Space Oddysey – powroty i przewroty / Gdzie waszych pąsów luba gratka?

Powyższy artykuł miał być odpowiedzią na pytanie: czy warto robić „remake” blisko czterdziestoletniej niepopularnej płyty? Ale po kilkukrotnym przesłuchaniu albumów z roku 1976 i tego wydanego przed trzema tygodniami pomyślałem, że wypada od razu zadać sobie drugie: dlaczego warto go robić?

Ilustr.: Magdalena Walkowiak

Ilustr.: Magdalena Walkowiak

SX 1396

W 1976 roku Polskie Nagrania „Muza” wydały album o numerze katalogowym SX 1396 – debiutancką płytę Zbigniewa Wodeckiego, zatytułowaną tylko imieniem i nazwiskiem wykonawcy. Sprzedany w około pięćdziesięciu tysiącach egzemplarzy (w PRL status złotej płyty przyznawano albumom, których sprzedaż przekroczyła 160 tysięcy sztuk) winylowy krążek nie zyskał rozgłosu. Szkoda, bo dzieło dwudziestosześcioletniego wówczas muzyka zawiera dwanaście utworów oscylujących swoją estetyką wokół jazzu lat 70., bossa novy i walca z odrobiną swingu, skomponowanych i zaaranżowanych w większości przez Wodeckiego, ale także przez Macieja Zimińskiego, Jarosława Kukulskiego i Wojciecha Trzcińskiego, który na płycie wystąpił w roli dyrygenta big-bandu, który wraz z zespołem Alibabki towarzyszy krakowskiemu artyście. Wartym wspomnienia wyjątkiem jest kończąca „Zbigniewa Wodeckiego” polska wersja utworu Jorge Bena Minha teimosia é uma arma pra te conquistar – znacznie delikatniejsza od gitarowego hiszpańskiego oryginału.

Odyseja Kosmiczna

Przegapionej przez szeroką publiczność płyty pożałowali założyciele zespołu Mitch&Mitch, Maciej Moruś i Bartłomiej Tyciński. Jak przyznają wsłuchiwali się w najdrobniejsze detale, odgrywali poszczególne utwory na próbach, wczuwali się w sytuację liryczną, wydobywali z nagrania sensy poszczególnych linijek.

Aż wreszcie w 2008 roku zaprosili Wodeckiego jako gościa-niespodziankę na koncert Mitch&Mitch w radiowym studio im. Agnieszki Osieckiej, wykonując podczas finału dwie z nagranych w ’76 roku piosenek: „Panny mego dziadka” oraz „Posłuchaj mnie spokojnie”. Na tym jednak nie zakończyła się współpraca młodego jazzowego zespołu z wyjadaczem estrady – płyta „Zbigniew Wodecki” została odegrana w poszerzonym o chór i Polską Orkiestrę Radiową składzie na katowickim OFF Festivalu 2013, a następnie na nowo zarejestrowana podczas koncertu w studiu S-1 im. Witolda Lutosławskiego.

Owoc tej rejestracji, który właśnie trzymam w rękach, a który stał się pretekstem do napisania niniejszego artykułu, to Zbigniew Wodecki with Mitch&Mitch Orchestra and Choir „1976: A Space Oddyssey” – publikacja składająca się z płyty CD, DVD oraz książeczki w języku polskim i angielskim, zawierającej, poza wykazem twórców i utworów, dwunastostronicowe (sic!) wprowadzenie przedstawiające wady i zalety realizacji dźwiękowych stereo oraz surround (słuchacz może w ramach załączonych dysków korzystać z obu tych technologii).

Tekst opisujący szczegółowe właściwości dźwięku dwukanałowego i wielokanałowego, choć nie sposób odmówić mu rzeczowości, to okraszony poglądowymi grafikami: grzebienia, okręgu, Stonehenge z lotu ptaka (odmienny układ kamieni w wersji polskiej i angielskiej) czy małego fiata, umieszczony między okładkami Wodeckiej „Odysei Kosmicznej” stanowi żart, który doskonale oddaje nastrój, jaki roztacza wokół siebie grupa Mitch&Mitch.

Bawić się muzyką

Mówią o sobie jako o dziewięcioosobowym duecie (w składzie: Mitch, Mitch, Serious Mitch, Mr. Bitch, James Boned Mitch, Mad Mitch, Spiral Mitch, Mitch the Kid, Crakin’ Mitch). Działają od 2002 roku i od tego czasu między innymi: próbowali połączyć black metal z afrobeatem, nagrali album w stylu „country & eastern”, współzałożyli niezależną wytwórnię Lado ABC, która wydała „1976: A Space Oddysey”. Ale poza tajemniczymi pseudonimami i niekonwencjonalnymi fuzjami stylów muzycznych przynoszą ze sobą na scenę olbrzymią porcję energii – w ich mimice, gestykulacji, a przede wszystkim w samej muzyce: swobodzie wykonawczej, aranżacjach, elementach improwizacji, widoczna jest radość grania kojarzona raczej z amatorami-zapaleńcami, rzadko spotykana u zawodowców z kilkunastoletnim doświadczeniem. Uwieczniony na albumie występ ze Zbigniewem Wodeckim nie stanowi wyjątku. Przeciwnie – uwiarygadnia także twierdzenie Wodeckiego, że członkowie Mitch&Mitch na nowo nauczyli go bawić się muzyką – wywrócili do góry nogami muzyczny kręgosłup artysty, ukształtowany przez lata edukacji i scenicznej praktyki (poza twórczością solową: Krakowska Orkiestra Symfoniczna, Krakowska Orkiestra Kameralna, współpraca z Ewą Demarczyk, Anawa Marka Grechuty). Nie dziwi zatem, że twórcy zdecydowali się na nagranie live, a do dyspozycji słuchacza oddali zarówno dźwięk, jak i obraz z odegranego 30 kwietnia zeszłego roku widowiska – taki rodzaj przekazu ma szansę najbardziej zbliżyć się do odwzorowania atmosfery i mocy koncertu, ukazać tak rzemieślniczą precyzję, jak i spontaniczność występujących muzyków – płacąc za to utratą krystalicznej jakości dźwięku, separacji instrumentów, „czystości” nagrania. Decyzję czy taka cena jest niska czy wysoka, pozostawiam ocenie czytelników.

„1976: A Space Oddyssey” to zabawa, rozrywka, ale na najwyższym technicznym poziomie, przeznaczona dla słuchacza, który chętnie tupie nogą i lubi, gdy piosenka „kołysze”, ale nie boi się pięcio- i więcej składnikowych akordów, zasadzek rytmicznych czy niespodziewanego cytatu muzycznego z Pendereckiego. Takie gry z publicznością, trudniejsze do zrealizowania i zrozumienia w warunkach studyjnych, a także wyraźniejsza sekcja rytmiczna, znacząco odróżniają album współczesny od nagranego przed czterdziestu laty (moim zdaniem na korzyść nowszego). W przeciwieństwie do większości piosenek, z jakimi mam okazję się na co dzień stykać, na „Odysei Kosmicznej” teksty nie grają szczególnej roli. I nie mają jej grać – sam Wodecki, chociaż śpiewa dokładnie, jego dykcji trudno cokolwiek zarzucić i potrafi doskonale interpretować słowa utworów, uważa się za „melodyka” i przyznaje, że na słowo w swoich kompozycjach nie zwracał większej uwagi. Nie znaczy to wcale, że teksty są naskrobane po dyletancku, źle brzmią albo nie pasują do napisanej muzyki. Napisane głównie przez Leszka Długosza, Janusza Terakowskiego i Andrzeja Kuryły ustępują oczywiście dziełom Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego i Jeremiego Przybory, ale ani na tle przebojów Czasów Zawodowych Tekściarzy, ani w porównaniu ze szlagierami aktualnie dominującej muzyki rozrywkowej, nie są, broń Boże, powodem do wstydu – skomponowane zgrabnie i lekko, opowiadają historie, dźwięczą, wzajemnie dopełniają się z muzyką.

Powyższy artykuł miał być odpowiedzią na pytanie: czy warto robić „remake” blisko czterdziestoletniej niepopularnej płyty? Ale po kilkukrotnym przesłuchaniu albumów z roku ’76 i tego wydanego przed trzema tygodniami pomyślałem, że wypada od razu zadać sobie drugie: dlaczego warto go robić? Moją osobistą cząstkową odpowiedzią (z którą prawdopodobnie zgodziliby się Wodecki i Mitchowie) może być: żeby naprawić błędy epoki gitary elektrycznej, która deprecjonowała big-bandy. A także by pokazać, że sięgając po dzieła sprzed dekad, nie trzeba przewracać ich na drugą stronę, ciąć, na siłę uwspółcześniać, żeby były aktualne.