dwutygodnik internetowy
23.11.2015
magazyn papierowy


170 lat po Beyerze

„Kto ci to zrobił?” to projekt skupiony na najgorszych zdjęciach do dokumentów. Te przymusowe portrety musimy prezentować za każdym razem, gdy jesteśmy proszeni o okazanie dokumentu. Do 10 grudnia w Pracowni Duży Pokój można oglądać wystawę składającą się z niemal stu sześćdziesięciu fotografii przekazanych lub nadesłanych przez niezadowolonych ze zdjęć warszawiaków.

DuzyPokoj-420x594mm+5mm-21

I mimo że wiele z nich nie wygląda na źle wykonane, a ich bohaterowie nie zawsze zostali zeszpeceni, są nieakceptowane przez ich właścicieli. Stawiamy więc pytania dotyczące tego, czym jest portret, jak postrzegamy siebie na fotografiach i jak mierzymy się z własnym wizerunkiem. Czy wszystkiemu winien jest fotograf?

***

Rok 1845. Karol Beyer – pierwszy zawodowy fotograf Warszawy, którego nazywa się również „ojcem polskiej fotografii” –  otwiera właśnie zakład fotograficzny w Warszawie. Swoich pierwszych klientów przyjmuje w pałacu Błękitnym przy ulicy Senatorskiej. Jego działalność szybko staje się popularna i jest zmuszony do powiększenia swojego atelier.

Beyer pracował w technice dagerotypii (unikatowe fotografie wykonywane na metalowych, polerowanych i posrebrzanych płytkach pokrytych cienką warstwą jodku srebra; obraz po naświetleniu wywoływany był w parach rtęci), a potem również kalotypii (papieru pokrytego halogenkami srebra, naświetlanego w aparacie, a następnie wywoływanego, dając obraz negatywowy; technika dawała szanse wielokrotnego powielania odbitek pozytywowych). Nie było to tanie, dlatego na własne portrety mogli pozwolić sobie tylko przedstawiciele elity, wśród których artysta często przebywał.

Po kilku latach, w 1850 roku, przeniósł się z Senatorskiej do własnego domu przy ulicy Wareckiej – nieopodal obecnej Pracowni Duży Pokój. Rok później, dzięki podróżom do Paryża i Londynu, nauczył się pracy w technice mokrego kolodionu (szklane płyty naświetlane w aparacie pokryte warstwą kolodionu z jodkiem srebra dawały po wywołaniu obraz negatywowy możliwy do wielokrotnego powielania pozytywowego). Ta technika umożliwiała krótszy czas naświetlania, niosąc komfort pozującym modelom. Coraz więcej osób trafiało do „Zakładu Fotograficznego Karola Beyera w Warszawie”.

Po kilku latach zakład przeniósł się po raz drugi, tym razem na Krakowskie Przedmieście, gdzie działał pod nazwiskiem artysty do 1872 roku. Później Beyer sprzedał atelier i postanowił poświęcić się fotografowaniu Warszawy i jej zabytków.

***

Rok 2015. W Warszawie działa około dwustu zakładów fotograficznych. Na jednego fotografa przypada zatem około dziesięciu tysięcy mieszkańców. Dziesięć tysięcy dowodów, kart miejskich, paszportów… Koszt przygotowania zdjęcia jest niewielki, a wymóg posiadania portretu jest czymś naturalnym i obowiązkowym. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Niemal na co dzień mamy bowiem zwyczaj zamieniać swój wizerunek w zapis cyfrowy.

W czasach Arystotelesa próbowano doszukiwać się związku pomiędzy wyglądem – szczególnie twarzy – a konkretnymi cechami charakteru. Pseudonauka zwana fizjonomiką łączyła ciało i duszę, prowadząc do upraszczającego wniosku, że wszystko to, co wewnątrz, widoczne jest na zewnątrz. Szukano podobieństw pomiędzy rysami twarzy a wyglądem różnych gatunków zwierząt, wysuwając dość daleko idące wnioski. W Anglii dopiero w XVI wieku wycofano ten przedmiot z programu wykładów, a papież wpisał wszystkie dzieła na temat fizjonomiki na listę ksiąg zakazanych.

Frenologia (XVIII i XIX wiek) badała zależność pomiędzy kształtem czaszki a konkretnymi predyspozycjami czy cechami poszczególnych ludzi. Wielkość, wypukłości czy sam kształt mogły udowadniać różnice pomiędzy płciami czy mieszkańcami odległych krain.

Cesare Lambroso – antropolog i kryminolog, a także psychiatra, twórca teorii kryminologicznej udowadniał, że na przykład przestępczość jest wrodzona i można ją poznać po konkretnych cechach i defektach wyglądu. Badano więc i porównywano wizerunki po to, by sprawdzić, jak wygląda twarz typowego kryminalisty.

Nam w pewnym sensie nie udaje się uniknąć tego typologicznego sposobu myślenia. Oglądając zdjęcia z naszych własnych dowodów, nie mogłyśmy pozbyć się narzucających się mimowolnie skojarzeń. Raz byłyśmy panią z banku lub panią z poczty, innym razem techno dziewczyną, nauczycielką polskiego, bohaterką Siłaczki i tak dalej.

***

Mimo że pierwsza trwała fotografia nie jest portretem, a widokiem z okna utrwalonym w 1826 roku przez Nicéphore’a Niépce’a dzięki właściwościom asfaltu syryjskiego, portret jest jej nieodłącznym gatunkiem. Wykorzystywanie coraz bardziej światłoczułych materiałów dawało możliwość portretowania. Zamiast kilkudziesięciu minut pozowania wystarczało ich kilka, potem były to sekundy, a teraz ich ułamki. Możemy zapamiętywać niezauważalne miny, których zazwyczaj nie widzimy w lustrze. Kiedy się przeglądamy, często bowiem przyjmujemy ten sam wyraz twarzy.

 

unnameda

Gdy w wyszukiwarce internetowej wpisuję hasło: „Jak zrobić dobry portret”, otrzymuję niezliczone ilości porad. Najważniejsze w portrecie, tak jak we wszystkich dziedzinach sztuki, jest poszukiwanie prawdy – mówi nam redakcja magazynu Fotoblogia.pl: „Dobry portret składa się tak samo z wielu «warstw», co dramatyczny krajobraz czy ekscytujące zdjęcie dzikiej przyrody. Naprawdę dobre zdjęcie portretowe wymaga dokładnej obserwacji”. „Niezależnie od tego, czy będziemy się zabierać za portretowanie obcej nam osoby czy rodziny przy choince, zawsze musimy zadbać o to, żeby osoba ta wiedziała, czego chcemy” – mówi poradnik fotoamatora. Na stronie Zakochani w Fotografii czytamy: „Głównym tematem portretu jest oczywiście człowiek […]. Portret fotograficzny, podobnie jak w malarstwie, jest obrazem ukazującym wygląd zewnętrzny danej osoby, a także niekiedy również cechy jej osobowości”.

***

Przyglądając się portretom i projektom wykonywanym przez różnych artystów czy rzemieślników, łatwo dostrzegamy jednak różnorodność metod i okoliczności w ramach jednej dyscypliny. „Podwójne” portrety Stefanii Gurdowej wykonywane w prowadzonych przez nią zakładach to dziś dokument epoki i mieszkańców Śląska, Dębicy, Ropczyc czy Mielca. „Zapis socjologiczny” Zofii Rydet to zbiór kilkudziesięciu tysięcy „portretów z kontekstem”, wykonanych w ponad stu miejscowościach. Oba proste, dokumentacyjne, a jednak tak magnetyczne.

Często zapominamy o innych rolach portretu. Ogromny zbiór prezentowała w 2003 roku galeria Studio z okazji pięćdziesiątej rocznicy śmierci Stalina – zdjęcia więźniów z obozów pracy i ofiar stalinizmu. Oglądając je, nie myślimy o autorach. Jednak kiedy się pojawiają, wyobrażamy sobie, że zostali ofiarami własnej dyscypliny, jak na przykład Wilhelm Brasse – główny fotograf obozu w Oświęcimiu, autor około pięćdziesięciu tysięcy portretów więźniów, z których uratował większość fotografii, ignorując rozkaz zniszczenia dowodów przez ewakuujących się z obozu Niemców. Potem już nigdy nie wziął do rąk aparatu fotograficznego.

Z wieloznacznością medium mierzyło się wielu. Powstające w latach 2005–2006 portrety Anety Grzeszykowskiej to osiemnaście wizerunków osób, które w rzeczywistości nie istnieją. Wszystkie zostały wykreowane dzięki programom do obróbki fotografii.

Swobodne tworzenie nowych postaci to również domena kolażu. Budowanie iluzji oraz składanie z istniejących już portretów nowych wizerunków to metody wykorzystywane przez mojego ulubionego Johna Stezakera.

A inni? Szokujący Robert Mapplethorpe, zaskakujący Philip-Lorca diCorcia (na przykład w serii „Heads”), dokumentująca Diane Arbus, fotograf mody i celebrytów Irving Penn, fotograf amerykańskich farmerów Walker Evans czy fotograf systematyzujący różnorodność narodu niemieckiego August Sander. Wszyscy mierzyli się z tym samym.

***

Wizyty u fotografa były nierzadko źródłem anegdot i złych wspomnień. Podczas projektu postanowiłyśmy podjąć wyzwanie i spróbować odpowiedzieć sobie na kilka pytań, które nam się nasunęły, oraz sprawdzić, jak bardzo powszechnym zjawiskiem jest niechęć do swojego portretu. Byłyśmy ciekawe, jak wiele osób odpowie na nasze wezwanie. Przyszło niemal sto sześćdziesiąt portretów. Gdyby projekt trwał dłużej, prawdopodobnie zabrakłoby miejsca w galerii.

W ramach akcji do zbiórki „niechcianych” zdjęć warszawiaków dołączyli się również mieszkańcy osiedla przy ulicy Wareckiej i Kubusia Puchatka, czyli nasi najbliżsi sąsiedzi.

Jednym z kluczowym elementów projektu były rozmowy, które przeprowadziłyśmy wśród uczestników akcji. Chciałyśmy, żeby nie tylko same obrazy stworzyły narrację naszej opowieści. Pytałyśmy rozmówców, czym jest dla nich wizyta u fotografa. Czy jest jak jak wizyta u dentysty? Czy może traktujemy ją odświętnie, wyjątkowo, jak bohaterowie zdjęć Stefanii Gurdowej? Kluczowy jest też efekt – co czujemy, gdy wyjmujemy zdjęcia z kopertki z pieczątką zakładu?

Niektóre z wywiadów uświadomiły nam, jak bardzo moment wykonywania zdjęcia wpływa na dalsze losy naszego wizerunku i jego postrzegania. Dowód wizyty w postaci fotografii zostaje z nami na długo. W ciągu kilku tygodni pracy usłyszałyśmy wiele dramatycznych historii, których część przytaczamy poniżej.
We wszystkich rozmowach pojawiały się i powracały wątki ścisłych reguł wykonywania fotografii do poszczególnych dokumentów. Zdjęcia biometryczne, sposób przygotowania zdjęcia do wizy, niedbały sposób przygotowywania portretów do mniej istotnych dokumentów jak na przykład karty miejskie i karty biblioteczne, na których prawie wszyscy jesteśmy chorzy i zmęczeni. Jak się jednak okazało, nie tylko mała staranność budziła niechęć, ale także nadmierne zaangażowanie fotografa, co kończyło się fotograficzną traumą:

– Moja kumpela powiedziała mi, że jest super fotograf, który świetne zdjęcia robi. Na tamtym zdjęciu wyglądała świetnie, Brigitte Bardot, w ogóle WOW. Dobra, poszłam. Potem się okazało, że to wariat. Autentycznie. Było tak, że mnie zaczął malować. Ja myślałam, że mnie przypudruje, żebym się nie błyszczała, a on wziął kredkę – hardcorową, tępą, szarą kredkę – i zrobił mi cień wzdłuż nosa. Białą cienie pod oczami i jakieś kropki na czole. Wyglądałam jak Indianin! I usadził mnie na krzesełku, jakbym miała wypaść na kamerę, i się zaczął drzeć: „Jesteś dzika, jesteś tygrysem, whaaaaa, tu ptaszki fruwają, proszę się spojrzeć w prawo, w lewo!”. Miałam wtedy siedemnaście lat. Ja nie wiedziałam, co się dzieje. Wszystko w oparach dymu, gazował od rana do wieczora i myślę, że stąd miał taki flow. To był balet. Wyszłam straumatyzowana, ale zdjęcia wyszły super. Tak mi się te zdjęcia spodobały, że dostałam dwa. Na jednym wyglądam jak super facet, a na drugim jak super laska. Po prostu bliźniaki. Mam to zdjęcie w albumie jak dostawałam świadectwo maturalne.

***

Reguły wykonywania zdjęć nie pozwalają nam na kreowanie swojego wizerunku, każąc obnażyć to, co chcielibyśmy ukryć. To niesie dyskomfort. Odstające uszy, zez, pokaźny nos, nie najlepsza fryzura: – Poszłam sobie zrobić zdjęcie do dyplomu, byłam w chustce, a jak złożyłam je w dziekanacie, to po kilku dniach miałam zaproszenie na rozmowę. Tam delikatnie mi zasugerowali, że takie zdjęcie być nie może, chyba że nakrycie głowy jest ze względów religijnych lub – jeszcze delikatniej – zdrowotnych. Powiedziałam, że nie, że po prostu włosy mi z króciutkich bezładnie odrastają. No to mnie poprosili o nowe, ale podpowiedzieli też alternatywne wyjście z sytuacji, że ewentualnie mogę sobie załatwić papier od lekarza, że to ze względów zdrowotnych…

Może też zdarzyć się tak, że posiadamy umiejętności, które pozwolą nam w domowych warunkach poprawić kilka szczegółów czy stworzyć pożądany lub tolerowany obraz siebie, który jednocześnie spełni twarde reguły instytucjonalne:

– Raz, kiedy przyniosłam zdjęcie do urzędu, okazało się, że nie pasuje, bo mam kręcone włosy i kawałek ucha jest zasłonięty i musiałam wrócić z tym zdjęciem do domu. Nie miałam dodatkowych finansów, żeby znów pójść do fotografa, więc usiadłam przy komputerze, otworzyłam Photoshopa i dokleiłam sobie ucho. Miałam takie próby zdjęć w akademiku, ktoś trzymał tło, ktoś zrobił mi fotkę i z tych kilku ujęć skleiłam to, co mi pasowało, odpowiednio do wymagań tego zdjęcia. Później wydrukowałam to za kilka groszy, pocięłam i zaniosłam do urzędu.

Wśród kilkunastu osób, z którymi rozmawiałyśmy, było więcej przypadków samodzielnego wykonywania zdjęć do dokumentów. Sama jestem takim przykładem. Z obawy przed kolejną portretową porażką ostatnie zdjęcie do paszportu, które obecnie zdobi również moją legitymację studencką, wykonałam sobie osobiście, rozjaśniając tło w programie graficznym. Niestety i tym razem nie było idealnie – podczas skanowania zniknął kawałek ust. Teraz kiedy je widzę, mam ochotę dorysować je sobie ołówkiem.
Podczas wspominania najgorszych zdjęć w życiu nie zapomniano o szkolnych fotografach, którzy odwiedzali co roku każdą klasę. Efektem tych spotkań są teraz kompromitujące zdjęcia w kompromitujących ubraniach i fryzurach:

– Przypomniałam sobie najgorsze zdjęcie swojego życia. To było zdjęcie zrobione w szkole. Przyszedł fotograf, zaproponował swoje usługi całej klasie, że nas sfotografuje, i sfotografował całą klasę okropnie. Wszyscy, jak zobaczyli te zdjęcia, to się bardzo mocno wzburzyli. Również rodzicie. Nikt nie chciał płacić za te zdjęcia, bo były naprawdę bardzo złe i po prostu zrobiliśmy akcję temu panu, że bardzo źle wykonał swoją pracę i że nie chcemy tych zdjęć. Nie dostał za to pieniędzy. Ale zostawił je na pamiątkę, więc cała klasa ma najbrzydsze zdjęcia w wieku czternastu lat.

***

Fotografia staje się dowodem: tak wtedy wyglądałam, wyglądałem. Tego nie da się już cofnąć ani zmienić. Nieopatrzne nieumycie włosów, ubranie się w golf czy brak makijażu nieuchronnie wpływają na nasz wizerunek za każdym razem, gdy ktoś poprosi nas o DOWÓD. Chyba w ogóle główny problem z tymi zdjęciami z dokumentów jest taki, że one są długoterminowe. Nie można ich zazwyczaj zmieniać co pół roku i, jeśli coś nie wyjdzie, to straszy cię to przez wiele lat.

Projekt jest zatem antropologiczno–artystyczną odpowiedzią na często spotykane, ale rzadko opisywane czy analizowane zjawisko dotyczące niechęci czy rozczarowania związanego z wykonywaniem zdjęć w publicznych zakładach fotograficznych. Wiąże się z tym obawa, że nie wyjdziemy na zdjęciach korzystnie, a mimo to stają się one potem naszą wizytówką – przymusowym portretem, który możemy jedynie skomentować zrezygnowanym „no trudno”. Prezentujemy je potem na legitymacjach, wizach, dowodach, paszportach, kartach miejskich, kartach wstępu czy dyplomach. Częściej podobają nam się te zdjęcia, na których możemy skontrolować to, jak wyglądamy. Selfie – to być może jedyne zdjęcie, którego autorowi zależało na naszym wyglądzie.

 

 

Wystawa „Kto ci to zrobił”, Pracownia Duży Pokój, ul. Warecka 4/6 (wejście od ul. Kubusia Puchatka), Warszawa

Projekt „Kto ci to zrobił?” został dofinansowany w trybie małych grantów przez Miasto Stołeczne Warszawę.