dwutygodnik internetowy
24.11.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Festiwal “Pięć smaków”

Obejrzenie dzieł pochodzących z Japonii, Chin, Wietnamu, Korei Południowej, czy Tajlandii jest niezwykle ciekawym doświadczeniem. W ten sposób poznać można inne kultury, spojrzenie na świat oraz kino.

Źródło: http://www.piecsmakow.pl/artykul.do?id=12

Festiwal Pięć Smaków był bardzo udaną imprezą, dzięki której można było zobaczyć nie tylko wiele bardzo dobrych i ciekawych produkcji, ale też poznać inne kultury, wrażliwość i spojrzenie na świat.

W dniach 12-20 listopada w kilku warszawskich kinach odbywała się ósma edycja festiwalu filmowego Pięć Smaków. Dla mnie była to pierwsza wizyta na tym wydarzeniu, ale z pewnością nie ostatnia.

 

Pięć Smaków to bardzo specyficzna impreza, ponieważ prezentowane na niej filmy kręcone są wyłącznie w krajach azjatyckich. Nie uświadczy się więc produkcji amerykańskich czy europejskich, a zatem bliższych naszym przyzwyczajeniom i wrażliwości. Z drugiej strony obejrzenie dzieł pochodzących z Japonii, Chin, Wietnamu, Korei Południowej, czy Tajlandii jest niezwykle ciekawym doświadczeniem. W ten sposób poznać można inne kultury, spojrzenie na świat oraz kino. Taka okazja do rozwoju to zawsze wielka zaleta każdego „nietypowego” festiwalu filmowego.

 

Jednym z ważniejszych filmów prezentowanych podczas Pięciu Smaków był z pewnością „Złoty wiek” w reżyserii Ann Hui, oficjalny kandydat Hongkongu w wyścigu po nominację do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. To trzygodzinne, biograficzne dzieło przedstawia życie chińskiej pisarki Xiao Hong, która z wielu powodów zyskała sławę dopiero po swojej śmierci. Głównym z nich było podjęcie decyzji o koncentrowaniu się na swoim życiu wewnętrznym, jak również odmowa pisania tego, co narzucała partia komunistyczna. Film jest więc też ciekawym obrazem kilkudziesięciu lat z historii Państwa Środka, która stanowi tło życia Xiao Hong. Ta wolna, świadomie nieefektowna produkcja warta jest obejrzenia, chociaż wielu widzów pewnie znudzi spokojne tempo lub zirytują częste dokumentalne wstawki, gdy bohaterowie zwracają się bezpośrednio w kierunku kamery. Czy „Złoty wiek” zostanie doceniony na zachodzie, dowiemy się już wkrótce.

 

Wśród filmów pokazywanych na festiwalu nie mogło zabraknąć tych, których głównym tematem jest polityka, bądź sytuacja społeczna. Przykładem takiej produkcji może być „Miasto cieni” Zhao Dayonga, które dotyczy kilku ważnych spraw. Po pierwsze, pokazuje skutki rewolucji kulturalnej, która miała miejsce w Chinach kilkadziesiąt lat temu. Po drugie zaś, i jest to główny wątek, mówi o tragicznych efektach chińskiej polityki jednego dziecka. Nie jest to dzieło przyjemne w odbiorze, ale z pewnością warte uwagi. Tym bardziej, że z oczywistych powodów „Miasto cieni” nie ma żadnych szans na dystrybucję w swoim macierzystym kraju. Inną produkcją dotykającą spraw politycznych była krótkometrażówka Ho Cheuk-tina zatytułowana „Pani Pong”. To na swój sposób urocza, nakręcona w amatorski sposób, historia kobiety, która, w przeciwieństwie do sąsiadów, sprzeciwia się potężnemu deweloperowi, chcącemu wyrzucić ją z mieszkania, by móc zburzyć budynek. Innym krótkim metrażem była „Winna” Wan King-faia, w której bohaterka cierpiała i była prześladowana z powodu udziału w demonstracjach, jakie mają od jakiegoś czasu miejsce w Hongkongu.

 

Jeśli jednak miałbym znaleźć jakiś wspólny element dla zdecydowanej większości filmów, które miałem okazję obejrzeć w trakcie Pięciu Smaków, byłaby nim z pewnością przemoc. Prawie każda produkcja obfitowała w brutalne sceny i to nierzadko tak mocne i dosłowne, że część widzów zapewne odwracała wzrok. Nie jest to żadnym zaskoczeniem – azjatyccy reżyserzy znani są z nieco innego podejścia do okrucieństwa niż twórcy amerykańscy lub europejscy. Osobiście po raz kolejny miałem okazję przekonać się, że kreatywność mieszkańców Azji w wymyślaniu sposobów na zabijanie, okaleczanie i zadawanie cierpienia innym jest nieograniczona. Najlepszymi przykładami będą tu trzy filmy. Pierwszy z nich to „Kanako w krainie czarów” Tetsuyi Nakashimy. Reżyser, brawurowo żonglując gatunkami i motywami, przedstawia historię byłego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia swojej nastoletniej córki. W jego trakcie okazuje się, że pociecha również nie była święta. Produkcja ta to nakręcająca się spirala przemocy fizycznej i psychicznej, które prowadzą wyłącznie do wyniszczenia. Nie da się tu lubić ani głównego bohatera, ani jego córki, przez co najbardziej zapadającą w pamięć postacią jest oficer policji, wieczny wesołek, podchodzący na luzie do wszystkiego, co się dzieje. „Kanako w krainie czarów” wciąga i potrafi dać widzowi dobrą rozrywkę, tym bardziej, że często jest to film całkiem zabawny. Na festiwalu pokazywane były też obie części „Raid” – jako że pierwszą widziałem dawno temu, teraz nadrobiłem kontynuację. Chociaż „Raid 2: Bardacha” trwa dwie i pół godziny i ma typową, schematyczną fabułę, ogląda się to dzieło znakomicie. To po prostu rewelacyjnie zrobione kino akcji, z dobrym tempem, świetnymi (i licznymi) scenami walk, które pełne są krwi i okrucieństwa. Zachodni twórcy mogliby się od Garetha Evansa wiele nauczyć o kręceniu tego typu filmów. Trzecia produkcja, w której jednym z głównych wątków jest brutalność to „Zabawmy się w piekle” Sion Sono. To tak naprawdę komedia o dorastaniu – grupka nastoletnich przyjaciół planuje nakręcić film, który przyniesie im sławę. Udaje im się to dopiero po wielu latach, gdy pozyskują do współpracy rywalizujące ze sobą gangi, które godzą się na sfilmowanie swojej wojny. „Zabawmy się w piekle” jest więc też ciekawym obrazem mówiącym o tym, że przemoc jest pociągająca i dobrze się sprzedaje. Problem jednak w tym, że film ten prezentowany był podczas japońskiej nocy grozy, która niestety, według mnie, była rozczarowaniem. Zobaczyłem w jej trakcie dwa (trzeciego już nie dałem rady) dzieła i oba nie miały w sobie nic z horroru. Drugim była „Miss zombie” w reżyserii Sabu, która do pewnego momentu była wciągająca, później jednak, z minuty na minutę, stawała się coraz bardziej absurdalna i śmieszna. Możliwe, że produkcje te spodobałyby mi się bardziej, gdybym nie nastawiał się na to, że będę się bać, a nie śmiać. Szkoda, bo z japońską nocą grozy wiązałem duże nadzieje.

 

Nie zabrakło również dzieł, które odwoływały się lub eksperymentowały z tradycyjnymi gatunkami filmowymi. Wymienić tu należałoby „Damę z Seulu” Jang Jina, obraz mocno związany z kinem noir, a jednocześnie przełamujący schemat konstrukcji postaci-detektywa. Główny bohater chce bowiem zmienić płeć i z tego powodu odchodzi z policji. Oprócz wykorzystywania znanych motywów mamy więc do czynienia z dramatem psychologicznym odwołującym się do głośnego obecnie gender. Przy okazji „Dama z Seulu” jest dobrze nakręconą, mającą bardzo ciekawą choreografię walk oraz klimat produkcją. Innym tego typu filmem są „Łzy czarnego tygrysa” Wisita Sasanatienga czyli dzieło będące hołdem przede wszystkim dla spaghetti westernów Sergio Leone. Każdy odbiorca bez trudu rozpozna nie tylko muzykę, ale i pewne schematy rodem z dzieł włoskiego reżysera. Dodatkowo jest to całkiem zgrabny, chociaż przewidywalny melodramat – całość robi jednak bardzo sympatyczne wrażenie.

 

Warto także podkreślić, że organizatorzy dołożyli wszelkich starań, by festiwal przebiegał jak najsprawniej i w jak najlepszej atmosferze. Wszystkie projekcje, na których byłem przygotowane zostały perfekcyjnie, zaś gdy tylko coś nie było dopięte na ostatni guzik, natychmiast znajdowało się rozwiązanie. Wielkie słowa uznania należą się przede wszystkim za krótkie prelekcje, które poprzedzały seanse. Były one zrobione kompetentnie, dobrze wprowadzały w kontekst filmu, dzięki czemu publiczność mogła znacznie więcej wyciągnąć z każdego dzieła. Udało się również zaprosić kilku twórców, z którymi można się było spotkać i porozmawiać po obejrzeniu ich filmów.

 

Podsumowując więc, ósmy festiwal Pięć Smaków był bardzo udaną imprezą, dzięki której można było zobaczyć nie tylko wiele bardzo dobrych i ciekawych produkcji, ale też poznać inne kultury, wrażliwość i spojrzenie na świat. Już dziś jestem pewien, że za rok wezmę udział w kolejnej edycji Pięciu Smaków. Do czego i Was zachęcam.