dwutygodnik internetowy
07.12.2015
magazyn papierowy


„100 wierszy polskich stosownej długości”. Poezja wychodzi z cienia?

Bywalec księgarni sieciowych może przeżyć szok: życie poetyckie w Polsce istnieje. Co więcej oprócz wciąż mało znanych twórców średniego pokolenia stale pojawiają się nowe, interesujące nazwiska młodych.

materiały prasowe

materiały prasowe

Jeżeli na dźwięk tytułu „100 wierszy polskich stosownej długości” przychodzi Państwu na myśl kolejny przegląd nieśmiertelnych hitów od Kochanowskiego do Szymborskiej, spotka Państwa niemałe zaskoczenie. Wbrew takim podejrzeniom chodzi o wybór tekstów poetów współczesnych. Jakim cudem udało się złożyć z nich tak pokaźną antologię i to bez królujących na księgarnianych półkach Zagajewskiego czy Hartwig, o zmarłych Szymborskiej, Herbercie i Miłoszu nie wspominając? Bywalec tak zwanych sieciówek może przeżyć szok: życie poetyckie w Polsce istnieje. Co więcej oprócz wciąż mało znanych twórców średniego pokolenia stale pojawiają się nowe, interesujące nazwiska młodych. Dodajmy, że w zbiorze wydanym przez Biuro Literackie znaleźli się tylko autorzy związani z jego środowiskiem, co oczywiście zawęża spektrum, tym samym jednak dowodzi, jak wiele w poezji polskiej dzieje się ogólnie.

Można byłoby pytać o przyczyny braku zainteresowania tym, co mają do powiedzenia aktualnie działający poeci, ale bawienie się w diagnozy przypominałoby tu raczej przeciąganie liny. Czy nie sprzedaje się poezji, bo nikt nie przeczyta, czy nikt nie czyta, bo, choćby się chciało, największe księgarnie nie zapewniają dostępu do nowości? Nie tylko o nowości zresztą chodzi, lecz o dorobek licznych żyjących i piszących poetów, którzy wydają książki, są tłumaczeni na języki obce i sami tłumaczą, mają spotkania autorskie w Polsce i zagranicą, dostają nagrody, a przede wszystkim dyskutują ze sobą, tworzą fronty, spierają się o wartość swojej sztuki. Nie da się nie zauważyć, że dysproporcja pomiędzy ofertami prozy i poezji (w ogóle, nie tylko polskiej i współczesnej) w przeciętnej księgarni jest kosmiczna. Tłumaczenie, że ta druga to dyscyplina bardziej hermetyczna, wymagająca większych kompetencji czytelniczych, dziwi. Po pierwsze, istnieje nieprzystępna (ambitna) proza, po drugie – prostsza (popularna) poezja. Mimo to twórczość prozatorska wypełnia regały księgarń od podłogi po sufit, a poezję w dawkach homeopatycznych miesza się z aforyzmami, kalendarzami i humorem z zeszytów szkolnych.

Mój artykuł nie ma być jednak potokiem żalu, wręcz przeciwnie – wyrazem wiary, że „100 wierszy polskich …” przyczyni się do zmiany sytuacji. Widać, że wybór dokonany przez Artura Bursztę jest przemyślany. Nie wiem, jakie było naczelne kryterium, czy chodziło o wiersze w jego opinii najważniejsze, czy o te, z którymi po prostu czuje się najbardziej związany. Tak czy owak sposób podania całości jest niezwykle interesujący i stanowi dowód różnorodności głosów polskiej poezji.

Kiedy mówię o „interesującym sposobie podania”, mam na myśli między innymi to, że wiersza nie poprzedza nazwisko autora. Czytelnik musi sprawdzić je dopiero w spisie treści, co może ze względów technicznych bywa uciążliwe, ale zabieg trzeba uznać za udany. Oddaje się w ten sposób głos samej poezji, bez dbania o to, czy twórca jest znany czy nieznany, czy to kobieta czy mężczyzna, czy debiutant czy weteran. Bohaterami książki są same utwory, a nie ich autorzy, choć przecież wszystko obliczone jest na to, żeby zachwyt nad tekstem sprowokował dalsze poszukiwania.

Nie wiem właściwie, jak miałbym powiedzieć cokolwiek sensownego o setce wierszy różnych poetów. Cieszy jednak, że mogę takie zdanie napisać, bo – i ukazanie tego stanowiło zapewne zamysł Burszty – polska poezja współczesna jest po prostu uniwersalna. Próba ujęcia jej w ogólną formułę to nieporozumienie; równie dobrze można by rozszerzyć zakres starań na całą literaturę. Mowa tu tak o warstwie stylistycznej, jak i podejmowanej tematyce. To właśnie ta druga wyznacza porządek prezentowania tekstów – bo oczywiście nie mamy do czynienia z losowym wrzuceniem setki wierszy do jednego wora. Antologia pomyślana jest według drogi nabywania życiowego doświadczenia, poznawania siebie i świata. Wiele odrębnych głosów układa się w przedziwny sposób w kompletną, lecz dialogiczną opowieść o człowieku.

Tom otwiera wstępny namysł nad naturą poezji i rolą poety. Potem przechodzimy przez rozważania na temat dzieciństwa jako zaczynu późniejszej wrażliwości. Następnie poeci mówią o dojrzewaniu, pierwszych doświadczeniach moralnych, poszukiwaniu Boga, życiu literackim, polityce, seksie, miłości, śmierci cudzej i własnej, podsumowaniu dokonań. W obrębie całostek tematycznych wiersze różnią się formalnie, jak również pod względem przyjmowanej optyki, dostrzegamy kontrapunkt. Wychwytywanie tych zależności, niuansów i motywów przynosi sporo radości. Czasami mowa o związkach ewidentnych, jak w przypadku celowych poetyckich nawiązań i zabaw, innymi razy o treściach podskórnych, prowokowanych poszczególnymi zestawieniami.

Dla porządku muszę powiedzieć, że w „100 wierszach polskich …” znalazły się również teksty wulgarne i bulwersujące, co subtelniejszego czytelnika może zniechęcić. Z całym przekonaniem mówię jednak, że przekaz każe sądzić, iż żaden z nich nie zrodził się z potrzeby pustego szokowania, lecz z pewności, że to, o czym się mówi, musi być wyrażone właśnie w takim rejestrze. Można się z tym zgodzić lub nie; tych jednak, którzy uwierzyli w mit, jakoby polska poezja współczesna ograniczała się do bezsensownej obsceny i taniego efekciarstwa, pragnę uspokoić, przytaczając tu fragment „Tlenu” Julii Fiedorczuk:

 

Tlen

Pokażę ci miłość w jednej garści gwiazd.

Znasz feerię śniegu na przydrożnych liściach?

Fioletowy kontur grudniowego dnia?

Przyszłam tu, żeby oddychać.

 

Są mali tancerze w kropli rzecznej wody.

Raje owadów za bramą ogrodu,

gniazdo w zgięciu ramion tamtej grubej sosny,

w gnieździe moich ramion mleczny oddech dziecka.

(…)

 

Przyszłam tu, żeby oddychać.

Smutek naszych rzeczy na zimowym niebie.

Śnieg szybko topnieje na policzkach dziecka,

nasze oczy śmieją się do gwiazd,

 

niebo spotyka gładką skórę rzeki,

oddycham, oddycham, więc jestem.

 

Podobnie lirycznych wierszy jest w tej książce sporo. Każdy zresztą znajdzie tu coś dla siebie. Klasycyzujący Jacek Dehnel. Własne językowe światy Joanny Mueller, sygnatariuszki manifestu neolingwistycznego. Refleksyjne, pełne inteligentnego i gorzkiego humoru wiersze Marty Podgórnik. Lakoniczny Krzysztof Siwczyk. Wrażliwy na drobiazg i mowę zwykłych przedmiotów Dariusz Sośnicki. Są i nominowani do Nike Szymon Słomczyński (2014, „Nadjeżdża”) oraz Urszula Kozioł (2015, „Klangor”), reprezentujący przecież tak różne estetyki. Są tegoroczni laureaci Nagrody im. W. Szymborskiej, Roman Honet i Jacek Podsiadło. Aby oddać wszystkim sprawiedliwość, powinienem wspomnieć tu o każdym, co zamieniłoby recenzję w długą (i upraszczającą sprawy) litanię. Przepraszam tych, których pominąłem. Gwarantuję jednak, że każdy z tych poetów wart jest poznania, choćby tylko po to, żeby móc uczciwie zająć wobec jego twórczości stanowisko krytyczne.

Na sam koniec proponuję lekturę jednego z moich ulubionych wierszy z antologii. Jest to tekst okolicznościowy, choć ważny nie tylko ze względu na czas, do którego się odnosi. Interpretację jednak pozostawiam czytelnikom, raz jeszcze zachęcając do pozostawania z poezją współczesną w kontakcie.

 

Jacek Podsiadło
Kładąc Dawidowi pod poduszkę prezenty

Lidce.

 

Kładąc Dawidowi pod poduszkę prezenty,

po pierwsze, niespodziewanie jestem kimś świętym.

Po drugie, wreszcie światy za pierwszym zakrętem

czasoprzestrzeni to najbliższe okolice.

Po trzecie przez chwilę jestem własnym rodzicem

i rozumiem twarz Matki zniszczoną przez kłótnie,

na której rano tkwił giocondowski półuśmiech

tajemnej wiedzy. „Ktoś chodził w nocy po domu,

sprawdź, może Mikołaj dał ci coś po kryjomu…”

Po czwarte wierzę, że niweluję złe czyny

podkładających bomby, stawiających miny

i gładzę własne grzechy wygładzając kołdrę,

pod którą to dziecko nie dobre i nie mądre,

lecz poza mądrością i dobrem ma swój świat, w którego obręb

nie wejdę już po poplątanej nitce.